Wątpię więc jestem (tu)

Po co chodzisz do kościoła? Pytanie często zadawane przez mniej/bardziej znajomych, przy różnych okazjach, gdy „wychodzi” że staram się praktykować na miarę moich możliwości. Co ciekawe, pytanie pada częściej o samo chodzenie niż o wiarę. „Po co wierzysz”? – To już dość hardcorowe pytanie, zadający musi liczyć się z tym, że ciężko jest znaleźć jakiekolwiek sensowne argumenty przeciwko wierze, przeciwko temu, że ktoś wierzy. Schematy myślowe typu „opium dla ludu” czy ” a za reformacji to…” pomińmy milczeniem, z ludźmi na takim poziomie nie warto dyskutować. No dobra, wiem, powinnam, mam to zapisane w moich powinnościach i obowiązkach jako Katoliczki. Zawsze powinnam dyskutować, nawracać, być Apostołem Dobrej Nowiny. Staram się, choć ciężko czasem…

I oto właśnie dobrnęliśmy do tematu, właściwie impulsu do napisania tegoż felietonu. Jeszcze raz pytanie ze wstępu: Po co do kościoła? Odpowiedzi mnóstwo, Spotkać się z Bogiem, przeżyć misterium, pomodlić się, jeśli przez cały tydzień nie było na to czasu,… Tak, to wszystko prawda. Coś jeszcze? Tak. Przeżyć coś wyjątkowego, wzruszyć się, zamyśleć, mieć pewnego rodzaju „mentalne paliwo” na cały tydzień, często dowiedzieć się czegoś, o czym (pomimo kilkudziesięciu już lat bywania w kościele) nie wiedziałam, przekazać znak pokoju obcym ludziom, którzy w tym momencie stają się moimi braćmi czy siostrami. Poczuć się lepszym człowiekiem niezależnie od tego czy homilia dotykała brudów mojej duszy czy też nie. Właśnie: Poczuć się lepszym człowiekiem. To jak dla mnie kwintesencja wiary. Wierzymy w Boga, by stawać się lepszymi. Robimy to dla Niego, ale nie oszukujmy się, przy okazji też dla siebie i dla naszych bliskich, dalszych czy wręcz obcych, przypadkiem postawionych na naszych drogach. Jemu się to podoba a świat staje się piękniejszy. Radość bycia dobrym promieniuje, zaraża innych, wiedzie ku lepszemu światu. Wierzę w to, z chodzenia do kościoła właśnie wyniosłam tę wiarę.

Zawsze tak było? No niekoniecznie. Może tylko ja to odbieram w ten sposób, ale myślę, że na księdzu prowadzącym mszę ciąży wielka odpowiedzialność. To On właśnie ma sprawić, by ludzie chcieli być lepszymi. To On ma trafić bezbłędnie w bolące miejsce, postawić diagnozę, przepisać kurację i skontrolować za jakiś czas… Duszpasterz, lekarz dusz po prostu. Od jakiegoś czasu mam to szczęście, że trafiłam na takiego lekarza z powołania. Msza niedzielna nie jest obowiązkiem, rutyną czy rytuałem. Po prostu chcę tam być, chcę uczestniczyć w czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym (To też wymaga szerszego omówienia, może kiedyś..?) i dogłębnie poruszającym.

Z Nowym Rokiem, życzę wszystkim takich duszpasterzy, duszpasterzom zaś, cierpliwości.

Wszystkiego Bożego!

Anna

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s